Są takie książki, które nosi się w głowie jeszcze długo po zamknięciu ostatniej strony. Dla mnie Wielkie nadzieje autorstwa Charlesa Dickensa właśnie do nich należą, choć uczciwie mówiąc — nie od razu dałem się tej historii porwać. Początek był dla mnie trochę jak spacer przez mgłę: ponure bagna, mały Pip, dziwny skazaniec na cmentarzu… niby czułem klimat, ale jeszcze nie wiedziałem, dokąd to wszystko zmierza. A potem nagle złapałem się na tym, że czytam coraz szybciej, bo Dickens zaczął rozstawiać emocjonalne pułapki z mistrzowską precyzją.
Najmocniej działa tutaj chyba motyw awansu społecznego i tego nieustannego wstydu, który Pip nosi w sobie jak kamień w kieszeni. Dickens świetnie pokazuje, jak człowiek potrafi zacząć gardzić własnym pochodzeniem tylko dlatego, że ktoś bogatszy spojrzał na niego z góry. Sceny w domu panny Havisham mają wręcz teatralny klimat — zatrzymane zegary, ciężkie powietrze, Estella chłodna jak porcelana. Bardzo obrazowe. Czułem się momentami, jakbym oglądał coś pomiędzy gotycką baśnią, a społeczną satyrą.
I właśnie panna Havisham to chyba jedna z tych postaci, które zostają w literaturze na zawsze. Trochę groteskowa, trochę tragiczna. Dickens miał niesamowity talent do tworzenia bohaterów przerysowanych, ale jednocześnie dziwnie prawdziwych emocjonalnie. Zresztą podczas lektury co chwilę miałem skojarzenia z późniejszymi autorami — momentami przypominało mi to atmosferę znaną z Jane Eyre, a chwilami nawet psychologiczne rozdarcie bohaterów u jak u Dostojewskiego.
Nie wszystko jednak mnie zachwyciło. Dickens bywa rozwlekły, szczególnie w środkowej części. Są fragmenty, gdzie opisy londyńskiego życia ciągną się odrobinę za długo i łapałem się na tym, że wzrok ucieka mi po akapitach szybciej niż powinien. Ale jednocześnie trudno mieć o to pretensje — ten styl ma swój rytm, bardzo XIX-wieczny, pełen dygresji i drobiazgów. Po prostu trzeba się w niego wczuć.
No i emocjonalnie ta książka naprawdę trafia w punkt. Finał zostawił mnie bardziej melancholijnego niż wzruszonego. Na pewno nie jest historia, która daje łatwe pocieszenie. Dickens pokazuje, że nasze „wielkie nadzieje” często budujemy na złudzeniach albo cudzych oczekiwaniach. I chyba dlatego ta powieść nadal działa mimo upływu lat.
Powiem prosto — chwilami miałem ochotę potrząsnąć Pipem i powiedzieć mu, żeby się ogarnął. A z drugiej strony doskonale rozumiałem jego błędy. Dickens stworzył bohatera naprawdę żywego.
Po skończeniu książki miałem też dziwne uczucie pustki. Takiej dobrej pustki, kiedy człowiek jeszcze przez kilka dni wraca myślami do konkretnych scen i dialogów. Nie każda klasyka potrafi dziś zrobić coś takiego.
